To miał być jej wielki dzień, a skończyło się publicznym praniem brudów na oczach całego świata. Andżelika Wójcik nie wytrzymała ciśnienia i tuż po starcie wypaliła prosto do kamer, oskarżając PZŁS o sabotaż jej przygotowań. Reakcja prezesa? Bez litości.
Dramat Andżeliki Wójcik na lodzie. "Zostałam całkiem sama"
11. miejsce w biegu na 500 metrów stało się tylko tłem dla medialnego trzęsienia ziemi, jakie wywołała polska łyżwiarka. Zamiast sportowej analizy, zobaczyliśmy dramat samotnej wojowniczki. Andżelika Wójcik stanęła przed dziennikarzami z drżącym głosem i oczami pełnymi łez. To nie był zwykły smutek porażki. To był krzyk rozpaczy i wściekłości.
Wstrząśnięta zawodniczka zrzuciła bombę, sugerując, że w najważniejszym momencie czterolecia została porzucona przez system. Jej szokujące wyznanie momentalnie obiegło media:
Po tak ciężkim czteroleciu i tak ciężkim okresie sportowo już to powiem, bo i tak pojawi się to w mediach. W tym sezonie przygotowywałam się sama, byłam bez trenera. Jest to przykre, po prostu. Na rok olimpijski zostałam sama, bez opieki i przygotowań.
instagram.com/ng_wojcik/
Prezes PZŁS kontratakuje. "Trudny charakter" i kłótnie
Jeśli ktoś liczył na dyplomatyczne milczenie związku, srogo się przeliczył. Prezes Rafał Tataruch nie zamierzał brać jeńców. Błyskawicznie uderzył w zawodniczkę z całą siłą, nazywając jej słowa manipulacją. Sternik PZŁS odsłonił kulisy, które stawiają sportsmenkę w fatalnym świetle. Prezes Tataruch sugeruje wprost: to nie brak wsparcia, a "trudny charakter" i konflikty są problemem.
To są kłamstwa albo wymyślone rzeczy. My bardziej się staraliśmy o tę opiekę niż ona jej chciała. To nie jest łatwa osoba, pokłóciła się ze wszystkimi możliwymi trenerami. [...] Do Salt Lake City, czyli do końca października, miała opiekę. Tam poprosiła, by odejść z grupy. Ona po prostu w niej nie funkcjonuje. Kłóci się ze wszystkimi, nie realizuje planów treningowych.