W Raszynie przy ulicy Mokrej doszło do krwawej egzekucji, której świadkami było dwoje małoletnich dzieci. 67-letni Bogusław G. zastrzelił swoją byłą żonę Annę w jej wynajmowanym mieszkaniu, a następnie odebrał sobie życie na cmentarzu w Prażmowie.
Zabójstwo w Raszynie. Starsze dziecko wezwało pomoc do umierającej matki
Zamordowana Anna nie miała najmniejszych szans na ucieczkę czy obronę. Feralnego czwartku, około godziny 16:00, do jej mieszkania wtargnął napastnik, zamieniając spokojne popołudnie w krwawy koszmar. Jak relacjonują śledczy, przebieg zdarzeń był błyskawiczny.
W toku dotychczas przeprowadzonych czynności ustalono, że do mieszkania wynajmowanego przez pokrzywdzoną około godziny 16:00 przybył jej były mąż, Bogusław G. Sprawca, posługując się bronią palną, oddał jeden strzał w kierunku kobiety. Pokrzywdzona poniosła śmierć na miejscu.
— przekazał Piotr Skiba, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Warszawie, relacjonując przebieg zbrodni z 7 maja.
Świadkami tego niewyobrażalnego okrucieństwa było dwoje małoletnich dzieci. To właśnie starsze z nich musiało w tej granicznej sytuacji wykazać się nadludzką siłą i powiadomiło służby ratunkowe o tragedii. Tuż po oddaniu śmiertelnego strzału sprawca zbiegł z miejsca zbrodni. Udał się na cmentarz w miejscowości Prażmów w powiecie piaseczyńskim, gdzie jeszcze tego samego dnia odebrał sobie życie, zostawiając osierocone dzieci z traumą, która pozostanie z nimi na zawsze.
facebook.com/PolicjaPoznan
Zawód systemu. Sprawca miał już wcześniej wyrok za znęcanie się
67-letni Bogusław G. był z zawodu pilotem — człowiekiem powszechnego zaufania, wykonującym niezwykle odpowiedzialną pracę. Swoją przyszłą żonę poznał wiele lat wcześniej w Wietnamie, gdzie wzięli ślub i powitali na świecie dzieci, jeszcze przed wspólną przeprowadzką do Polski. Niestety, ich życie za zamkniętymi drzwiami drastycznie różniło się od idealnego obrazka, a koszmar rodziny trwał na długo przed tragicznym majem 2026 roku.
Półtora roku przed zbrodnią, 21 listopada 2024 roku, Sąd Rejonowy w Pruszkowie prawomocnie skazał mężczyznę za fizyczne i psychiczne znęcanie się nad żoną oraz dwojgiem ich dzieci. Wymierzono mu wówczas karę pięciu miesięcy pozbawienia wolności w zawieszeniu na dwa lata. Co szczególnie oburzające, oprawca posiadał wcześniej legalne pozwolenie na broń, które cofnięto mu dopiero po formalnym postawieniu zarzutów o znęcanie się. Broń palna, której ostatecznie użył do odebrania życia matce swoich dzieci, była przez niego posiadana nielegalnie, co stawia dramatyczne pytania o skuteczność nadzoru nad sprawcami przemocy domowej.
Samotność ofiary. Anna nie miała w Polsce nikogo bliskiego
Tragicznie zmarła Anna pochodziła z Wietnamu i poza dwojgiem ukochanych dzieci nie miała w Polsce żadnych krewnych. Przebywała tysiące kilometrów od ojczystego kraju, będąc w najtrudniejszych chwilach zdana niemal wyłącznie na siebie. Jej brutalna śmierć wywołała ogromny szok i natychmiastową mobilizację wśród mniejszości wietnamskiej w Polsce, która stara się wesprzeć pozostawione bez opieki maluchy.
Ta tragedia wstrząsnęła całą naszą społecznością. Obecnie analizowane są możliwości udzielenia wsparcia i pomocy osieroconym małoletnim dzieciom.
— powiedział Karol Hoang, rzecznik Stowarzyszenia Wietnamczyków w Polsce w oświadczeniu wydanym niedługo po morderstwie.
Osierocone dzieci, będące pełnoprawnymi obywatelami Polski, otrzymały już niezbędną pomoc psychologiczną. Zostały także bezpiecznie umieszczone w rodzinie zastępczej przy wsparciu organizacyjnym wójta Gminy Raszyn. Niestety, żaden systemowy mechanizm i żadna opieka nie zapełnią przerażającej pustki, którą pozostawił po sobie ten akt przemocy. Tragedię tę najcelniej i najboleśniej zarazem podsumowała przyjaciółka Anny we wpisie opublikowanym w mediach społecznościowych krótko po morderstwie.
Dzieci są otoczone najlepszą możliwą opieką. Niestety, nic nie jest w stanie przywrócić im matki.
— napisała przyjaciółka Anny.