Edward Linde-Lubaszenko spoczął w Alei Zasłużonych, ale to nie państwowe honory, lecz ludzki gest Roberta Janowskiego stał się najbardziej komentowanym momentem uroczystości. Choć ceremonia miała podniosły charakter, oczy wszystkich zwrócone były na pierwszy rząd kościelnych ław, gdzie syn zmarłego toczył dramatyczną walkę z emocjami.
Rozdzierające sceny w Kościele Środowisk Twórczych
Olaf Lubaszenko pojawił się w kościele przy placu Teatralnym jako jeden z pierwszych, trwając w milczeniu przy trumnie ojca. Atmosfera w świątyni gęstniała z każdą minutą, a ciszę przerywały jedynie zduszone łkania zgromadzonych żałobników. W pewnym momencie syn zmarłego mistrza przegrał walkę z emocjami i schował twarz w dłoniach, nie mogąc powstrzymać łez. To właśnie wtedy Robert Janowski zareagował błyskawicznie.
Prezenter i wokalista nie ograniczył się do kurtuazyjnego uścisku dłoni. Widząc rozpacz przyjaciela, podszedł i mocno go objął. To wsparcie trwało długą chwilę — Janowski dosłownie nie wypuszczał go z ramion, starając się ukoić ból Olafa na oczach tłumu. Ten gest, pełen autentycznej empatii, stał się symbolem tego pożegnania, pokazując, że w obliczu ostateczności liczy się przede wszystkim bliskość drugiego człowieka.
Fot. Jacek Kurnikowski/AKPA
Ostatnia droga mistrza. Warszawa pożegnała Edwarda Linde-Lubaszenkę z honorami
Uroczystości, które odbyły się 24 lutego 2026 roku, miały pełen ceremoniał państwowy, co potwierdziło Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Edward Linde-Lubaszenko, odznaczony w 2024 roku Złotym Medalem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”, został pożegnany z asystą wojskową. Po mszy kondukt żałobny udał się na Cmentarz Wojskowy na Powązkach.
Artysta spoczął w Alei Zasłużonych, dołączając do panteonu najwybitniejszych Polaków W ostatniej drodze aktorowi towarzyszyła plejada gwiazd, w tym Maja Komorowska, Michał Milowicz oraz Tomasz Iwan.
Fot. Jacek Kurnikowski/AKPA
"Żegnaj, Tato". Poruszające przemówienie Olafa Lubaszenki
Mimo ogromnego przygnębienia, Olaf Lubaszenko stanął przy mikrofonie, by publicznie pożegnać ojca. Jego przemówienie było wyrazem głębokiej miłości i wdzięczności za czas, który udało im się odzyskać w ostatnich latach życia seniora rodu. Aktor podkreślił, że to właśnie humor był siłą napędową jego taty.
Dziękuję ci za to, że nasze ostatnie lata były pogodne, były dobre. Nasze ostatnie rozmowy były wspaniałe. Bardzo ci za to dziękuję. [...] Tata był człowiekiem, u którego dominującą cechą, elementem, siłą było poczucie humoru. Prośba o uśmiech i modlitwę jest również moją prośbą. A teraz pozwólcie, że ja uśmiechnę się do mojego taty po raz ostatni. Żegnaj.
Fot. Jacek Kurnikowski/AKPA
Odszedł Krzysztof Jarzyna ze Szczecina. Polska straciła ikonę klasy
Edward Linde-Lubaszenko był nie tylko wybitnym aktorem, ale też cenionym profesorem i mistrzem, który dopiero pod koniec 2025 roku ogłosił przejście na zawodową emeryturę. Choć zagrał w dziesiątkach ambitnych produkcji, popkultura zapamięta go jako kultowego Krzysztofa Jarzynę ze Szczecina z filmu "Poranek kojota".
Postać ta stała się tak legendarna, że w 2021 roku doczekała się własnego pomnika na szczecińskiej Łasztowni — w uroczystości jego odsłonięcia brał udział sam aktor, nie kryjąc wówczas wzruszenia. Dziś, gdy Edwarda Linde-Lubaszenki nie ma już z nami, jego role i ten spiżowy monument sprawiają, że "Szef wszystkich szefów" stał się w pewnym sensie nieśmiertelny.