Przez dekady w jego dowodzie osobistym widniało nazwisko, które było bezpiecznym kamuflażem. Edward Linde-Lubaszenko, wybitny aktor, którego pożegnaliśmy 8 lutego, nosił w sobie historię gotową na hollywoodzki scenariusz. To nie była tylko urzędowa formalność, ale dramatyczna walka o przetrwanie i spłata długu wdzięczności wobec człowieka, który ocalił go przed piekłem Sybiru. Prawdę o swoich korzeniach ujawnił światu dopiero wtedy, gdy runął stary system.
Dramatyczna ucieczka i obce nazwisko. Tak Edward Linde-Lubaszenko ocalał z wojennej zawieruchy
Gdyby to był film, krytycy uznaliby scenariusz za zbyt nieprawdopodobny. Ale biografia Edwarda Linde-Lubaszenki to nie fikcja – on naprawdę to przeżył. Aktor urodził się w 1939 roku w Białymstoku, w cieniu nadciągającej wojny. Jego biologicznym ojcem był Julian Linde, Niemiec o szwedzkich korzeniach. Gdy losy wojny rozdzieliły rodzinę, mały Edward i jego matka znaleźli się w śmiertelnym niebezpieczeństwie.
Ratunek nadszedł ze strony oficera Armii Czerwonej. Mikołaj Lubaszenko, chcąc ocalić ich przed pewną wywózką na Sybir, podjął ogromne ryzyko. Podał ich za swoją rodzinę i wywiózł do odległego Archangielska. To właśnie ten brawurowy gest i przybrane nazwisko pozwoliły im przetrwać najgorsze, dając chłopcu nowego ojca.
Miałem dużo takich przypadków, czy jestem Ukraińcem. Odpowiadam, że nie, to mój ojczym tak się nazywał, miał takie nazwisko, a ja jestem Polakiem. Mikołaj Lubaszenko był Ukraińcem i on uratował mnie i mamę przed wywózką na Sybir. Był oficerem Armii Czerwonej. Zrewanżowaliśmy mu się, wyciągając go ze Związku Radzieckiego. Mieszkał w Polsce do końca życia. We Wrocławiu mieszka jego syn, a mój brat przyrodni Bogdan i jego dzieci. Nawet ci w Polsce mieszkający Ukraińcy mnie zaczepiają i delikatnie, i życzliwie pozdrawiają
AKPA
Szokujący list po latach. "Dowiedziałem się, że mam innego ojca"
Dla młodego Edwarda Mikołaj był jedynym ojcem, jakiego znał. Prawda o pochodzeniu Edwarda Linde-Lubaszenki wyszła na jaw dopiero w 1957 roku. Przyszły gwiazdor był wówczas beztroskim studentem Akademii Medycznej we Wrocławiu, gdy otrzymał list, który wywrócił jego świat do góry nogami. Nadawcą był Julian Linde – biologiczny ojciec, o którego istnieniu nie miał pojęcia.
Dlaczego tak długo milczano? Julian Linde podczas wojny został przymusowo wcielony do Wehrmachtu. W twardych realiach PRL-u takie powiązania były "wilczym biletem" i mogły zniszczyć życie młodego chłopaka. Matka i ojczym, chroniąc Edwarda, trzymali tę tajemnicę w ukryciu. Nazwisko Lubaszenko było dla niego tarczą chroniącą przed represjami komunistycznego systemu.
Dlaczego Linde-Lubaszenko? Wyjątkowy hołd dla dwóch mężczyzn
Musiały minąć dekady i zmienić się ustrój, by aktor mógł otwarcie połączyć dwie części swojej tożsamości. W 1991 roku, gdy Polska odzyskiwała suwerenność, zdecydował się na podwójne nazwisko aktora. Był to gest głębokiego szacunku – z jednej strony dla więzów krwi, z drugiej dla wychowania i ratunku.
Historia rodziny Lubaszenko to dowód na to, że więzy bywają silniejsze niż wojna. Aktor nie chciał rezygnować z członu "Lubaszenko", pod którym znała go cała Polska, ale pragnął też upamiętnić Juliana. Brat przyrodni aktora, Bogdan Lubaszenko, do dziś mieszka we Wrocławiu, co jest żywym dowodem na trwałość tej niezwykłej, polsko-ukraińskiej więzi.
Jakiś czas temu porządkowałem swoje prywatne sprawy. Okazało się, że mam dwie metryki: na nazwisko Linde w USC w Białymstoku i na nazwisko Lubaszenko. Długo się zastanawiałem, czy nie wrócić do prawdziwego nazwiska. Ale doszedłem do wniosku, że przeszłości i tak nie cofnę. Tyle lat minęło. Z nazwiskiem Lubaszenko splotło się całe moje życie artystyczne. W 1991 roku dodałem więc do Lubaszenki człon Linde
Informacja, że Edward Linde-Lubaszenko nie żyje, zamknęła pewien rozdział w historii polskiego kina. Jednak pamięć o Mikołaju Lubaszence wciąż trwa. Nosi ją dumnie syn zmarłego, Olaf Lubaszenko – to on jest żywym pomnikiem człowieka, który ryzykował życie, by ocalić obcą kobietę i jej dziecko. To najpiękniejszy testament, jaki można sobie wyobrazić.